Od fundatora

Często słyszę pytanie: skąd u gościa zajmującego się nowymi technologiami wzięło się zainteresowanie powozami?
Otóż, bryczki towarzyszą mi od dzieciństwa.
Niekiedy żałuję, że nie żyłem w czasach ulic wypełnionych stukotem kopyt o miejskie bruki , lśniących karet mknących środkiem jezdni, ciężkich furgonów wiozących beczki z piwem, lekkich kariolek unoszących eleganckie damy.
Na końcówkę tej epoki jeszcze się załapałem.
Jako mały chłopiec mieszkający we Wrocławiu przy ul. Ślężnej pod koniec lat pięćdziesiątych najciekawsze rzeczy obserwowałem na ulicy. Wtedy jednopasmowa, wyłożona kostką brukową jezdnia stanowiła arenę zdarzeń dla dzieci fascynujących. Jesienią od świtu do zmroku w kierunku cukrowni Klecina jeździły furmanki z burakami cukrowymi . Naszą ulubioną zabawą było podczepianie się do wozu, zwłaszcza, że toczyły się w stronę nowej szkoły, co znakomicie uatrakcyjniało drogę. Czasami wkurzony furman chciał nas dosięgnąć batem, mnie jakoś się udawało wyjść bez szwanku. Mimo, że wozy poruszały się powoli, to spadały z nich buraki. Zbieraliśmy je z bratem i zanosiliśmy do domu. Tam drobno pokrojone lądowały w dużym garnku i odparowując robiliśmy z nich gęsty, brązowy syrop o konsystencji miodu. Na początku grudnia nasza babcia na bazie tego syropu piekła pyszne, lukrowane pierniki świąteczne.
Codziennie na naszą ulicę przyjeżdżały, chyba jeszcze na początku lat sześćdziesiątych furgony pocztowe zaprzężone w parę koni, na gumowych kołach, zadbane, szybkie, choć nie tak wspaniałe jak pojazdy wyjeżdżające z pobliskiego szpitala wojskowego. Była to elita zaprzęgów. Dwa zawsze lśniące kasztany, wypastowane czarne uprzęże i zawsze czyste, pomalowane na ciemnozielono furgony z drzwiami z tyłu. Woziły zaopatrzenie do szpitala. Dogonić takiego na ulicy i podczepić się w sposób niezauważony przez powożącego żołnierza, był to dla nas wyczyn niemały.

W szkole średniej cały wolny czas spędzałem w Harcerskim Ośrodku Wodnym Rancho na ul. Na Grobli.
Któregoś dnia, nie wiem skąd pojawiła się tam kareta. Nie budziła ona emocji u żeglarzy, zafascynowanych raczej jachtami. Mimo to jeden z naszych kolegów wyremontował ją. Byliśmy pełni podziwu dla jego talentów manualnych. Naprawił wszystko oprócz kół, wymagających umiejętności kołodziejskich. Z tego powodu przed każdą jazdą przez kilka godzin moczyliśmy rozeschnięte koła w wodzie, by podczas jazdy nie rozpadły się. W następnych latach kareta ta wiozła do ślubu wiele par z Rancho. Pamiętam jaką sensację wzbudził nasz przejazd przez centrum Wrocławia z pomarańczowym kołem ratunkowym na "rufie" karety, woźnica w cylindrze na koźle, konie w galopie. Był to ślub Jurka i Izy. Koło ratunkowe okazało się niepotrzebne, są małżeństwem do dziś. Po Wrocławiu nie jeździły wtedy jeszcze inne dorożki, starsi ludzie więc zatrzymywali nas i z rozrzewnieniem opowiadali o pojazdach w dawnych czasach.

Najszybsza jazda karetą w powojennym Wrocławiu miała miejsce chyba w roku 1976 . Planowałem zawieźć Jacka Złotego z oblubienicą do Urzędu Stanu Cywilnego z placu Hirszfelda na plac 1 Maja.
Kareta czekała przy placu Wróblewskiego na powrót węglarza - właściciela pary białych, solidnych koni, które okazjonalnie pożyczałem. Okazało się, że wozak dzień wcześniej tęgo zapił i kiedy podszedł od tyłu do swojego konia, ten kopnął go podkutym kopytem w szczękę.
Po dwóch godzinach oczekiwania furman zjawił się jednak, lecz z zadrutowaną szczęką i głową owiniętą bandażami głową, trochę jak mumia. Następne pół godziny było filmowe . Przeprzężenie koni i w pełnym galopie, momentami cwale, stojąc na koźle przejechałem: Pułaskiego , Dyrekcyjną , Ślężną , Wielką do czekającej na placu zaniepokojonej młodej pary. Ulice były pokryte brukiem i do dziś mam w uszach pamięć tętentu ciężkich kopyt i stukot sztabowych kół na wyboistym granicie. Momentami wydawało mi się, że kareta na zakrętach wpadała w poślizg. Dojechaliśmy jednak prawie na czas. Nie wiem, czy konie , czy ja z emocji byłem bardziej zgrzany.
Kilka lat później , prowadząc specjalizację z żeglarstwa na AWF-ie dostrzegłem niedaleko przystani w Olejnicy wystawioną na dwór bryczkę. Czekała ją typowa dla naszej wsi historia. Trzeba było zrobić miejsce dla traktora, bryczka wylądowała za stodołą, dzieła zniszczenia dokonywał wiatr i woda , a po kilku zimach zostawały tylko zardzewiałe okucia. Znaleziony przeze mnie milord miał więcej szczęścia. Zafascynowany kształtem, piękną robotą kowalską i drewnem oprawionym w metal kupiłem ją w roku 1977. Pochodziła ze znanej wiedeńskiej fabryki Schustalla, a pierwszym jej właścielem na początku XX wieku był proboszcz Przemętu.
Spędzając corocznie wiele miesięcy w Wielkopolsce penetrowałem wsie w poszukiwaniu pojazdów. Upolowane bryczki i karety podczepiałem za okular dyszla do haka Fiata 125 combi w kolorze policyjnym i w towarzystwie uradowanych wiejskich dzieciaków powoli odholowywałem na przystań AWF w Olejnicy. Sporadycznie spotykani w drodze policjanci uśmiechali się, a rektor Jonkisz, częsty bywalec hangaru żeglarskiego z wyrozumiałością patrzył na ekscentryczne hobby młodego asystenta. Jeszcze rok temu spotkałem w Brennie rolnika, który opowiedział mi o "wariacie", który dawno temu samochodem po wsiach jeździł z bryczkami.
W latach 77-86 pozyskałem 8 pojazdów. Wiedziałem natomiast o kilkudziesięciu, w tym rarytasach z najlepszych fabryk europejskich: Bindera, Lohnera, Muelbahera. Były one niedostępne dla kieszeni nauczyciela akademickiego.
Pamiętam jak leśniczy w Olejnicy przywiózł oszałamiającą karetę po hrabim Siekowskim. Srebrne klamki, szlifowane kryształowe szyby, oryginalna skórzana tapicerka, stan idealny. Chciał za nią moją dwuletnią pensję. Marzenie moje zostało chyba sprzedane do Racotu, no ale nie można mieć wszystkiego.
Szereg lat później jako przedsiębiorca wróciłem do adresów ze starego notatnika. Żadnego z tych pojazdu już nie było w Polsce. Handlarze wywieźli nielegalnie wszystko zagranicę. Mimo to udało mi się powiększyć kolekcję do ponad czterdziestu egzemplarzy. Składają się na nią eksponaty proweniencji śląskiej, wielkopolskiej i niemieckiej. Są to m.in.: karety, bryczki, omnibusy, wolanty, landolet, milord, victoria, polowiec, sulki , kilka przepięknych sań pałacowych, a nawet konny wóz strażacki. Zbiór dopełnia kolekcja kiełzn , uprzęże, kilka tysięcy kart pocztowych z pojazdami zaprzęgowymi, narzędzia i urządzenia uczestniczące w procesie produkcji pojazdów zaprzęgowych, ryciny i obrazy , książki tematyczne.
Wiele pojazdów dzięki talentowi pana Ryszarda Gubalskiego i wyrozumiałości właścicieli Surflandu sp. z o.o. zostało wyremontowanych.
W międzyczasie historia zatoczyła koło. Rok temu kupiłem przez internet w Szwajcarii, pochodzący ze znamienitej fabryki Geisbergera z Zurychu, w oryginalnym stanie doktorwagen, używany do wizyt u pacjentów w rejonie jeziora Genewskiego, jeszcze w latach pięćdziesiątych. Prawdziwy rarytas kolekcjonerski.
Szwajcarski celnik wyraził przy odprawie wielkie zdziwienie , że przecież zawsze pojazdy były przywożone z Polski, a nie wywożone ze Szwajcarii. W ripoście stwierdziłem , że muszą się powoli do tego kierunku przyzwyczajać.
Nawet w dzisiejszych czasach, codziennie rano i wieczorem w cieplejsze dni słyszę stukot końskich kopyt na ulicy. Pies wtedy szaleje, najchętniej pogoniłby za końmi. Przypadek? Otóż kilkaset metrów od mojego domu znajduje się stajnia i wozownia kilku bryczek, stanowiących jedną z atrakcji pięknej wrocławskiej starówki. Każdego dnia dojeżdżają do rynku.
Kolekcjonowanie ma sens, jeżeli dostarcza radości innym, a najlepiej jeszcze jak stwarza możliwości edukacyjne.
Dlatego w 2002 roku założyłem Fundację Gallen.
Nazwa pochodzi od przedwojennej nazwy Galowic , miejscowości w której kupiłem zdewastowany szachulcowy spichlerz z początku XVIII wieku. Fundacja metodycznie przygotowuje się do otwarcia placówki muzealno - edukacyjnej. Celem naszym jest pokazanie ciągłości kultury materialnej w części Europy, należącej na przestrzeni stuleci do tak wielu nacji. Dotychczasowa działalność Fundacji Gallen opiera się wyłącznie na nieodpłatnej pracy i środkach finansowych donatorów.
Wierzą w powodzenie projektu. Sukces w dużym stopniu zależy od skupienia wokół idei muzeum grupy pasjonatów oraz złożenia finansowania ze wszelkich dostępnych źródeł.

Dr Tadeusz Kołacz


Fundacja Gallen, Organizacja Pożytku Publicznego,
Adres Pocztowy : Galowice 11A, 55-020 Żórawina, woj. dolnośląskie, Polska.
Rejestracja: Sąd Rejonowy Wrocław Fabryczna KRS 0000141562, NIP: 896 13 56 400, Regon: 932943438
Nr konta bankowego: Lukas Bank nr: 18 1940 1076 3015 5059 0000 0000
e-mail: fundacja @ gallen.pl, www.fundacja.gallen.pl